Droga przez piekło

Trakt jeniecki między Bornem Sulinowem, Kłominem a Barkniewkiem

Są w okolicach Bornego Sulinowa miejsca, gdzie piękno pomorskiej przyrody – bezkresnych lasów, falujących wrzosowisk i czystych jezior – zderza się z trudnym do uniesienia ciężarem ludzkiego cierpienia. Podczas gdy większość turystów szuka w tych stronach pozostałości po sowieckim garnizonie czy betonowych bunkrów Wału Pomorskiego, pod naszymi stopami rozciąga się inna, znacznie bardziej poruszająca mapa. To sieć dawnych dróg, leśnych duktów i bocznic kolejowych łączących Borne Sulinowo (Gross Born), Kłomino (Westwalenhof) oraz nieistniejące już Barkniewko (Barkenbrügge).

Dla tysięcy ludzi różnych narodowości była to droga bez powrotu. Przedstawiamy historię traktu jenieckiego – niemego świadka jednej z największych tragedii humanitarnych w tej części Europy.

Anatomia militarnego kompleksu: Gross Born i Westfalenhof

Aby zrozumieć, czym był trakt jeniecki, musimy cofnąć się do drugiej połowy lat 30. XX wieku. Niemiecki Wehrmacht stworzył tu gigantyczne zaplecze poligonowe. Północną bazą stało się Gross Born (dzisiejsze Borne Sulinowo), południową – Westfalenhof (późniejsze Kłomino). Pomiędzy nimi rozciągał się rozległy, piaszczysty poligon artyleryjski oraz mniejsze miejscowości, takie jak Barkniewko.

Gdy we wrześniu 1939 roku wybuchła II wojna światowa, ta doskonale odizolowana i silnie strzeżona infrastruktura idealnie nadawała się do realizacji innego, mrocznego celu: przetrzymywania mas jeńców wojennych. Tak narodził się system obozów Gross Born: Stalag 324, Stalag II H oraz słynny Oflag II D II H Gross Born.

Geografia cierpienia: Obozy i łączący je trakt

Trakt jeniecki nie był jedną, formalnie nazwaną drogą. To cały system logistyczny, którym pędzono lub transportowano więźniów między poszczególnymi punktami kompleksu.

  1. Rampa kolejowa w Bornem Sulinowie i na stacji jezdnej: To tutaj zaczynał się dramat. Transporty kolejowe z jeńcami zwożono z różnych frontów Europy. Wycieńczeni, stłoczeni w wagonach bydlęcych ludzie byli tu wyładowywani pod lufami karabinów.
  2. Piaszczyste drogi poligonu: Z rampy jeńcy musieli iść pieszo. Trakt prowadził przez głębokie lasy i otwarte, wietrzne przestrzenie poligonu w kierunku Kłomina (Westfalenhof) oraz podobozów rozlokowanych w Barkniewku. Jesienią i zimą te nieutwardzone drogi zamieniały się w grzęzawiska lub lodowate pułapki.
  3. Strefa śmierci w Barkniewku (Barkenbrügge): To w okolicach tej dawnej wsi utworzono najgorsze, polowe sektory obozu (tzw. Russenlager), dedykowane głównie jeńcom radzieckim. Niemal całkowicie pozbawieni infrastruktury mieszkalnej, więźniowie koczowali w wykopanych przez siebie ziemiankach, wegetując pod gołym niebem.

Dwa oblicza obozowej rzeczywistości

Eksplorując trakt jeniecki i analizując dokumenty, wyraźnie widać potworną segregację, jakiej dokonywali tu naziści, kierując się rasistowskimi wytycznymi.

W Oflagu II D przetrzymywano głównie oficerów francuskich, polskich (w tym bohaterskich obrońców Warszawy z 1939 roku) oraz belgijskich. Choć warunki były ciężkie, a głód i tęsknota stały się codziennością, jeńcy ci byli chronieni postanowieniami Konwencji Genewskiej. Prowadzili konspiracyjne teatry, kursy uniwersyteckie, a nawet zorganizowali własną olimpiadę obozową w 1944 roku.

Zupełnie inny los czekał tych, których pędzono traktem w kierunku Barkniewka i Stalagu II H. Jeńcy radzieccy (a później także włoscy, po wycofaniu się Włoch z osi) nie byli traktowani jak ludzie. Na trakcie jenieckim i w leśnych obozach ziemiankowych panował permanentny głód, tyfus i brutalność strażników. Szacuje się, że w rejonie Gross Born śmierć poniosło od 25 do nawet 40 tysięcy jeńców – w przeważającej większości radzieckich.

Fotograficzne zwiady: Krajobraz, który milczy i pamięta

Dla kogoś, kto przemierza ten trakt z aparatem fotograficznym, jest to doświadczenie niezwykle intymne. Przeszłość nie krzyczy tutaj z monumentów – ukrywa się w subtelnych detalach krajobrazu.

  • Cmentarze jenieckie w lesie: Najbardziej wymownym punktem na tym trakcie są nekropolie. Cmentarz Jeńców Francuskich i Polskich (Oflagowców) z symbolicznymi krzyżami odznacza się surowym porządkiem. Z kolei Cmentarz Ofiar Totalitaryzmu w pobliżu Kłomina, gdzie w masowych grobach spoczywają tysiące bezimiennych żołnierzy, poraża swoją skalą.
  • Blizny w strukturze lasu: Kiedy podnoszę drona nad strefę dawnego obozu w Barkniewku, na ujęciach wertykalnych, przy odpowiednim, niskim świetle poranka, wciąż widać regularne wgłębienia w ziemi. To zarysy dawnych baraków i ziemianek, których natura – mimo upływu dekad – nie zdołała jeszcze całkowicie wyrównać.
  • Kamienne bruki i starodrzew: Niektóre odcinki dróg, którymi maszerowały kolumny jenieckie, zachowały resztki dawnego, niemieckiego bruku. Stare dęby i sosny rosnące wzdłuż tych traktów to jedyni żywi świadkowie tamtych wydarzeń.

Jak dziś mądrze eksplorować trakt jeniecki?

Wyprawa śladami obozów Gross Born i Barkenbrügge wymaga odpowiedniego przygotowania i nastawienia. To nie jest trasa na klasyczną, rozrywkową wycieczkę rowerową. To lekcja historii in situ.

Przemierzając trakt jeniecki, warto zwolnić. Wyłączyć na chwilę telefon, odłożyć na bok pośpiech i spróbować dostrzec w tych pięknych, wrzosowych lasach to, co najważniejsze: przestrogę przed tym, do czego zdolny jest człowiek, gdy zapomina o humanizmie.

Znane twarze za drutami Oflagu II D: Kruczkowski, Gieysztor i Kondrat

Gdy patrzy się na bezduszną statystykę obozową, łatwo zatracić perspektywę, że za każdym numerem jenieckim stał konkretny człowiek – jego talent, marzenia i przerwany brutalnie życiorys. Oflag II D Gross Born stał się przymusowym domem dla elity intelektualnej i artystycznej II Rzeczypospolitej. Naziści, zamykając w jednym miejscu tysiące oficerów, niechcący stworzyli unikalny, choć tragiczny mikroklimat dla rozwoju polskiej kultury konspiracyjnej.

Najbardziej wyrazistą postacią tego obozowego uniwersytetu był niewątpliwie Leon Kruczkowski – wybitny dramaturg i pisarz. Trafił do Gross Born po kampanii wrześniowej. To właśnie za drutami tutejszego obozu Kruczkowski stał się duchem sprawczym życia kulturalnego. Kierował obozowym kołem literacko-teatralnym, organizował wieczory autorskie i pisał teksty, które podtrzymywały na duchu współwięźniów maszerujących wcześniej morderczym traktem jenieckim. Doświadczenia z Gross Born, codzienne obserwowanie psychiki uwięzionych ludzi oraz bliskość niemieckiego świata zza drutów, stały się później podwaliną pod jego najsłynniejszy powojenny dramat – „Niemcy”.

Obok niego przez obozowe piekło przechodził młody wówczas porucznik Aleksander Gieysztor – człowiek, który w przyszłości miał stać się jednym z najwybitniejszych polskich historyków i wieloletnim dyrektorem Zamku Królewskiego w Warszawie. W nieludzkich warunkach Gross Born Gieysztor nie zapomniał o swojej misji. Angażował się w tajne nauczanie, prowadząc dla spragnionych wiedzy oficerów wykłady z historii średniowiecza. Książki, często zdobywane nielegalnie lub przysyłane w pilnie cenzurowanych paczkach, krążyły między barakami jako najcenniejszy skarb.

W sferze teatru obozowego prawdziwą legendą stał się Józef Kondrat – wybitny aktor przedwojennego kina i teatru (stryj Marka Kondrata). W Gross Born udowodnił, że sztuka może być formą oporu. Wspólnie z innymi uwięzionymi artystami stworzył teatr kukiełkowy oraz klasyczny, w którym surowe, drewniane baraki zamieniały się na kilka godzin w namiastkę warszawskich czy krakowskich scen. Kostiumy i scenografię robiono dosłownie z niczego: z puszek po konserwach Czerwonego Krzyża, starych koców i sznurków. Dla jeńców, których codzienność ograniczała się do apeli i głodowych racji zupy z brukwi, te spektakle były jedyną ucieczką od obozowego obłędu.

Powojenny całun milczenia: Teren wymazany z map (1945–1992)

Luty 1945 roku przyniósł koniec niemieckiego obozu, ale dla samego traktu jenieckiego i okolicznych lasów nie oznaczało to powrotu do normalności. Wręcz przeciwnie – region ten na blisko pół wieku zniknął z oficjalnych map świata, przykryty szczelnym całunem tajemnicy państwowej ZSRR.

Gdy Armia Czerwona zdobyła Gross Born i Westfalenhof, sowieccy dowódcy natychmiast dostrzegli gigantyczny potencjał ukrytego w lasach kompleksu. Tereny te nie zostały przekazane polskiej administracji. Z dnia na dzień dawny niemiecki poligon stał się jedną z największych i najbardziej strzeżonych baz Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Gross Born przemianowano na Borne Sulinowo, a Westfalenhof na Kłomino (w radzieckiej nomenklaturze funkcjonujące jako Gródek).

A co stało się z infrastrukturą jeniecką i samym traktem? Losy te były dramatyczne i przez lata celowo przemilczane:

  1. Zacieranie śladów i adaptacja: Drewniane baraki, w których cierpieli polscy, francuscy i radzieccy jeńcy, w większości rozebrano. Materiał posłużył do budowy nowych obiektów garnizonowych lub został wywieziony w głąb ZSRR. Część murowanych obiektów obozowych Sowieci zaadaptowali na magazyny, warsztaty oraz strefy ściśle tajne – w tym bazy dla głowic nuklearnych (jak w pobliskim Podborsku).
  2. Nekropolie za drutem kolczastym: Przez niemal 50 lat radzieckiej obecności, masowe groby dziesiątek tysięcy jeńców (szczególnie radzieckich z dawnego obozu w Barkniewku) znajdowały się wewnątrz zamkniętej strefy wojskowej. Polacy nie mieli tam wstępu. Sowieci nie dbali o pamięć swoich poległych rodaków z czasów niewoli Wehrmachtu – w stalinowskiej i poststalinowskiej doktrynie jeniec wojenny był traktowany niemal jak zdrajca ojczyzny. Przez dekady las zarastał masowe mogiły, a dawny trakt jeniecki służył jako trasa dla radzieckich czołgów T-72 i transporterów opancerzonych, które dosłownie rozjeżdżały pamięć o tamtych wydarzeniach.
  3. Izolacja Barkniewka: Wieś Barkniewko (Barkenbrügge), przy której znajdowały się najcięższe sektory jenieckie, została przez Sowieconów całkowicie zrównana z ziemią. Poligon potrzebował wolnej przestrzeni do ćwiczeń artyleryjskich i taktycznych. Dawne pola śmierci stały się tarczą strzelniczą dla radzieckich armat.

Dopiero w październiku 1992 roku, kiedy ostatnie eszelony z radzieckimi żołnierzami opuściły stację kolejową w Bornem Sulinowie, polscy historycy, leśnicy i fotografowie mogli legalnie wejść w te lasy. To, co zastali, porażało: zdewastowane, ale wciąż czytelne ślady podwójnej okupacji – najpierw niemieckiej machiny wojennej, a potem radzieckiego imperium.

Dziś, wędrując traktem jenieckim, dotykamy historii, która przez 50 lat była zamrożona pod radziecką flagą. To sprawia, że każde odkryte w mchu zbrojenie, każda nierówność terenu po obozowym baraku, ma dla nas podwójną wartość dokumentalną.

Umów się ze mną na długą wyprawę śladami tych historii.