Miasto widmo, które pochłonął las

Prawdziwa historia Kłomina

O ile Borne Sulinowo to opowieść o zmartwychwstaniu i nowym życiu, o tyle leżące zaledwie kilkanaście kilometrów dalej Kłomino jest jego mrocznym, tragicznym lustrem. To historia o mieście, które umarło dwa razy, a dziś jest powoli, acz nieubłaganie pożerane przez pomorską przyrodę. Dla fotografa i poszukiwacza historycznych śladów to miejsce absolutnie hipnotyzujące. Zamiast gwaru ulic, słychać tu tylko szum wiatru w koronach drzew i trzask pękającego betonu pod naporem korzeni.

Zapraszam na wędrówkę przez zapomniane ulice Kłomina – miasta, w którym jedynym stałym mieszkańcem jest dziś czas.

Narodziny w cieniu wojny – Westfalenhof

Zanim wylano tu pierwsze tony wojskowego betonu, tereny te przypominały wiele innych zakątków Pomorza. Historia militarna tego miejsca, podobnie jak w przypadku Bornego Sulinowa, zaczyna się w latach 30. XX wieku. Niemiecka machina wojenna potrzebowała zaplecza. Tak narodził się Westfalenhof – gigantyczny obóz wojskowy, będący częścią wielkiego kompleksu poligonowego Gross Born.

Zbudowano tu potężne koszary, garaże dla sprzętu pancernego i infrastrukturę zdolną pomieścić tysiące żołnierzy Wehrmachtu. To stąd wyruszały jednostki mające wziąć udział w kampanii wrześniowej. Jednak prawdziwy dramat tej ziemi rozegrał się w czasie II wojny światowej. W sąsiedztwie koszar utworzono obozy jenieckie, w tym Stalag 323 (później Oflag 65 i Oflag II D). Przetrzymywano tu tysiące jeńców – Polaków, Francuzów, a później żołnierzy radzieckich, którzy masowo umierali z wycieńczenia, głodu i chorób. Wrzosowiska i okoliczne lasy stały się niemym świadkiem ludzkiego cierpienia na niewyobrażalną skalę.

Radziecka twierdza – Tajny garnizon Gródek (Гродок)

Wiosną 1945 roku niemiecki Westfalenhof przestał istnieć. Wkraczająca Armia Czerwona zastała infrastrukturę w na tyle dobrym stanie, że natychmiast zaadaptowała ją na własne potrzeby. Miejsce otrzymało nową nazwę: Gródek (ros. Гродок). Od tego momentu, na niemal pół wieku, Kłomino całkowicie zniknęło z map cywilnego świata, stając się białą plamą oznaczającą rzekome tereny leśne.

Sowieci rozbudowali bazę, dostosowując ją do warunków zimnowojennych. Wyburzono część niemieckiej zabudowy, a na jej miejsce postawiono typowe radzieckie bloki z wielkiej płyty, tzw. „leningrady”. W szczytowym okresie stacjonowało tu kilka tysięcy żołnierzy radzieckich wojsk rakietowych i artylerii wraz z rodzinami. Gródek był całkowicie samowystarczalny. Posiadał własne kino, szpital, sklepy pełne towarów, domy oficerów i potężne garaże na wyrzutnie rakietowe. Całość otoczona była ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Zwykły grzybiarz, który zapuściłby się w te lasy, szybko spotkałby się z wycelowaną w niego lufą karabinu i stanowczym „stoj!”.

To było miasto żyjące w nieustannym pogotowiu bojowym, a w tle zawsze majaczyło widmo konfliktu nuklearnego i tajemnice pobliskich magazynów specjalnych.

Agonia i grabież – Dlaczego Kłomino umarło?

Kluczowy dla losów Kłomina okazał się rok 1992, kiedy to ostatni żołnierze rosyjscy opuścili terytorium Polski. W przeciwieństwie do Bornego Sulinowa, które po przejęciu przez polską administrację powoli budziło się do życia, Kłomino nie miało tyle szczęścia.

Początkowe plany były ambitne. Chciano stworzyć tu ośrodek dla uchodźców, domy spokojnej starości, a nawet wsie tematyczne. Brakowało jednak funduszy, inwestorów, a przede wszystkim – dobrego pomysłu na logistykę w tak odciętym od świata miejscu. Opustoszałe miasto, przekazane w ręce cywilne, szybko padło ofiarą zorganizowanego szabru. Wyrywano rury, zrywano kable, demontowano okna i dachy. Kłomino rozbierano cegła po cegle, by materiał ten posłużył do budowy w innych częściach kraju.

W ciągu kilkunastu lat z tętniącego życiem garnizonu pozostały jedynie zrujnowane szkielety budynków. Zapadła ostateczna decyzja o wyburzeniu większości ocalałych konstrukcji ze względów bezpieczeństwa. Kłomino zostało skazane na śmierć.

Kłomino dziś – Królestwo natury i rdzy

Dzisiaj, wjeżdżając na teren dawnego Gródka, można odnieść wrażenie, że przekracza się bramę do postapokaliptycznego świata. Z potężnego miasta ostało się zaledwie kilka budynków – samotny, rozpadający się „leningrad”, w którym hula wiatr, zarysy dawnych placów apelowych i ukryte w gęstwinie fundamenty koszar.

To tutaj natura pokazuje swoją bezwzględną siłę. Sosny rosną w miejscach, gdzie kiedyś stały czołgi. Mech pokrywa schody, które donikąd nie prowadzą, a korzenie drzew systematycznie rozkruszają ostatnie płyty betonowych dróg. Dla twórcy, fotografa czy miłośnika powolnego eksplorowania, Kłomino oferuje niesamowitą, melancholijną estetykę. To idealne miejsce na wyciszenie, refleksję i wędrówkę bez pośpiechu.

Patrząc przez obiektyw na te ruiny pośrodku lasu, trudno oprzeć się jednej myśli: każdy, najpotężniejszy nawet system zbrojeniowy, w starciu z czasem i przyrodą z góry skazany jest na porażkę. Kłomino, miasto, którego miało nie być, ostatecznie naprawdę przestało istnieć – stając się jedną z najbardziej fascynujących, niemych historii Wału Pomorskiego.

Zapraszam na wspólną wyprawę rowerową do Kłomina, przez wrzosowiska zwane Diabelskimi Pustaciami.